Czy naprawdę jesteśmy skazani na NFZ?
Wyobraźmy sobie, że jakiś „zbawca narodu”, po to
aby nam wszystkim ułatwić życie, wymyślił instytucję, którą nazwałby „Narodowy
Fundusz Zakupowy” - w skrócie NFZ.
Działalność tej instytucji polegała by na tym, że od każdego pracującego, pobierana
była by składka zakupowa obliczona w ten sposób, że specjaliści oszacowaliby
mniej więcej ile różnych dóbr potrzeba obywatelom, następnie określiliby
wartość tych dóbr w złotówkach, wyszłaby z tego jakaś liczba, którą
rozdzieliłoby się na obywateli i wszyscy, proporcjonalnie od wysokości swoich zarobków
gromadzilibyśmy tę sumę każdego roku. Następnie sklepy i inne placówki handlowe
ubiegałyby się o kontrakt z „Narodowym Funduszem Zakupowym”, który polegałby na
tym, że placówka otrzymywałaby limit klientów i limit towarów, które byłyby
sfinansowane przez Fundusz. Klienci otrzymaliby w stosownym czasie informację,
które to placówki handlowe w tym roku uzyskały kontrakty z „Narodowym Funduszem
Zakupowym” i już moglibyśmy się zgłaszać to tych placówek po potrzebne mam
dobra, które otrzymywalibyśmy ZA DARMO. Oczywiście aby zachować jakiś porządek
i kolejność trzeba by było wprowadzić zapisy (rejestracje) klientów,
wyznaczając im termin odbioru potrzebnych im dóbr.
Część wydzielonych placówek, aby nam jeszcze
bardziej ułatwić życie, ubiegała by się o status „sklepów rodzinnych”. W ramach tego statusu praktyka „sklepikarza
rodzinnego”, otrzymywałaby wyliczone przez NFZ sumy pieniędzy, które
przeznaczane by były teoretycznie na zaspokajanie naszych najbardziej pilnych i
bieżących potrzeb, jednak w ilości i jakości towarów, o których decydowaliby wyłącznie
„rodzinni sklepikarze”. Trzeba dodać, że „sklepikarze rodzinni” dostaliby pieniądze z
„Narodowego Funduszu Zakupowego” z góry na głowę każdego klienta, który się
zapisze do ich placówki i taki zapisany w jednym sklepie niemiałby prawa pójść
do innego i być tam obsługiwanym. Pieniądze przeznaczane by były po uważaniu
przez „sklepikarzy rodzinnych” albo na zakup towarów potrzebnych klientom i na
utrzymanie sklepu lub na osobiste potrzeby sklepikarza, takie jak np. : budowa
domu, zakup samochodu, wczasy, kształcenie dzieci itp. Pytanie - na co byłyby przeznaczane
pozyskane z NFZ pieniądze pierwszej kolejności? Który z właścicieli tych
placówek lepiej by się miał - ten, który więcej rozdawałby klientom w postaci
towarów i usług, czy ten który tych towarów rozdałby mniej i więcej pieniędzy
pozostawił sobie?
Jak Państwu spodobałby się taki system zakupów? Wyobraźmy
sobie też ilu urzędników należałoby zatrudnić do obsługi „Narodowego Funduszu
Zakupowego”, ile gmachów wybudować i wyposażyć we wszystkie urzędnicze atrybuty
i akcesoria, ile i jakie instytucje kontrolne powołać? Potrzebny byłoby
niechybnie także jakieś ministerstwo do spraw zakupów. Jaki więc procent z
naszych podatków, przeznaczonych przecież na zakupy, trzeba by de facto
przeznaczyć na utrzymanie tej armii urzędników ich gmachów i samochodów? Teraz
wyobraźmy sobie jak długie byłyby kolejki po najbardziej atrakcyjne towary?
Jakiej jakości byłyby to towary jeśli o ich wyborze i cenie decydowaliby
wyłącznie urzędnicy? Jak by byli traktowani klienci przez personel takich
darmowych sklepów... itd...? Czy rzeczywiście ten system zakupów, w którym
wszystko jest ZA DARMO by nas uszczęśliwił? Co pomyślelibyśmy o tym „geniuszu”,
który by to wszystko wymyślił i chciał wprowadzić w życie?
Zakładam, że Państwo w żadnym razie nie
wyrazilibyście zgody na tak zorganizowane zakupy uznając, i słusznie, że taki
system to czysta głupota! Więc pytam dlaczego my wszyscy od wielu lat godzimy
się, aby nas upokarzać przez utrzymywanie, zorganizowanego według identycznego
jak wyżej pomysłu, systemu tzw. „darmowej ochrony zdrowia”. Gromadzimy z
naszych składek co roku gigantyczne pieniądze, powierzamy je w całości do
dyspozycji urzędnikom, którzy w pierwszej kolejności wypłacają sobie pensje a
to co pozostanie rozdzielają po uważaniu a to na to, a to na tamto. I mamy
efekty, wielomiesięczne, ba wieloletnie kolejki do specjalistów i do szpitali,
nie wykorzystane, kosztujące krocie specjalistyczne urządzenia medyczne,
zmęczonych lekarzy, opryskliwy personel medyczny, traktujący pacjentów jak
intruzów itd., itp.
Ktoś powie, że tych rzeczy jak handel i służba
zdrowia nie powinno się porównywać, że zdrowie obywateli, to wartość nadrzędna,
o którą państwo powinno zadbać w pierwszej kolejności, więc każdy obywatel ma
prawo do „darmowej służby zdrowia”, bo tak jest zapisane w Konstytucji. Czy
rzeczywiście tak powinno być, że nasze zdrowie mamy powierzać urzędnikom i
utrzymywanym przez biurokratyczną machinę tzw. „pracownikom służby zdrowia”? Ja
twierdzę, że zdrowie każdego z nas powinno być naszą prywatna sprawą, że każdy
powinien przyjąć osobistą odpowiedzialność za swoje zdrowie, że lekarza
powinniśmy traktować jak usługodawcę, który „żyje” z naszych chorób jak
nieprzymierzając szewc z naszych popsutych butów. My zaś, jeśli jesteśmy chorzy
powinniśmy się poczuć jak usługobiorcy, którzy zgłaszają się po usługę do
specjalisty i za którą to usługę winniśmy zapłacić adekwatnie do wartości tej
usługi. Jako usługobiorcy powinniśmy żądać najwyższej staranności, uwagi i
szacunku, bo jeśli nie, to nici z
usługi, bo pójdziemy do kogoś innego, kto lepiej zaspokoi nasze potrzeby. Gdzież
tu miejsce dla urzędnika? Po co nam urzędnik stojący pomiędzy nami -
usługobiorcami i lekarzami – usługodawcami? Dlaczego mamy go utrzymywać?
Tak! Proponuję system wolnorynkowy w dziedzinie
usług medycznych i jestem pewien, że się sprawdzi tak samo dobrze jak w
dziedzinie handlu zieloną pietruszką. Potrzebujesz zielonej pietruszki –
idziesz w zależności od chęci lub potrzeb na bazar, do osiedlowego sklepiku lub
supermarketu, płacisz i masz. Tak samo ze zdrowiem – źle się czujesz idziesz do
lekarza, który ma gabinet za rogiem lub zgłaszasz się do szpitala, po otrzymaniu
usługi medycznej - płacisz rachunek.
Już słyszę protesty, że taki system spowoduje, że
usługi medyczne będą tylko dla najbogatszych, że zabraknie przychodni i
szpitali, że to nie może się udać! Więc pytam, dlaczego się to udało z
aptekami, ze stomatologami z weterynarzami? Właściciele psów i innych zwierząt
doskonale wiedzą o czym mówię. Jeśli pies zachoruje jest od ręki przyjmowany w
dowolnej przychodni, na miejscu i od ręki ma robione wszystkie badania, łącznie
z badaniem krwi, moczu, RTG, USG, i wszystko co potrzebne! Od razu ma
postawioną diagnozę, od razu, na tej samej wizycie ma wykonane konieczne
zabiegi, także operacyjne, dostaje potrzebne leki na miejscu i na wynos.
Wszystko w jednym miejscu, uprzejmie i z uśmiechem.
Dlaczego tak jest? Prosta sprawa, gdyż za taką
kompleksową i błyskawiczną usługę, my od ręki płacimy rachunek – i wszyscy są
zadowoleni, nikt się nie buntuje, nikt nie żąda, aby powoływać jakieś
„ministerstwo zdrowia zwierząt” i jakiś „Narodowy Fundusz Zdrowia Zwierząt” po
to, aby nasze pieski były leczone ZA DARMO! Pytam więc dlaczego naszym psom i
kotom, a także papużkom i świnkom morskim, chomikom itp. potrafiliśmy zbudować
sensowny system ochrony zdrowia, a sobie nie potrafimy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz